Jeszcze chwilę temu — przynajmniej tak mi się wydawało — moja pielęgnacja wyglądała zupełnie inaczej. Uwielbiałam wieloetapowe rytuały, z których czerpałam ogromną przyjemność. Starannie planowałam dobór poszczególnych produktów, dopasowując je do aktualnej kondycji i potrzeb skóry. Przynosiło to wiele korzyści, bo w tle cały czas były (i nadal są) choroby autoimmunologiczne, z którymi funkcjonuję i które w pewnym sensie wyznaczają kierunek działania.
Co zmieniło się na przestrzeni ostatnich pięciu lat, że tamten etap stał się dziś jedynie wspomnieniem utrwalonym na zdjęciach i we wpisach blogowych oraz instagramowych?