W czasie jego premiery i największej popularności, a było to
niemal dekadę temu, nie poświęciłam mu większej uwagi. To był
moment, w którym rozświetlacze pełniły u mnie raczej funkcję
„poboczną”, głównie ze względu na ówczesną kondycję mojej
skóry. Priorytetem było osiągnięcie remisji rosacea, a mój
makijaż i preferencje wyglądały zupełnie inaczej.
Dzisiaj sięgnęłam po niego właściwie przez
przypadek — Paulina, pozdrawiam! Gdyby nie zainteresowanie
koleżanki, prawdopodobnie nigdy nie kupiłabym tego produktu.
Nie dziwię się jednak, że ponownie zyskał na
popularności. Zaskoczyło mnie natomiast to, że wciąż jest
dostępny w sprzedaży. Mam wrażenie, że wiele marek po drodze
zostało zapomnianych w nieustannej pogoni za „nowościami”.
Tymczasem tutaj mamy formułę, która już wtedy zachwycała
innowacyjnością, i co najważniejsze, w ogóle się nie
zestarzała.